poniedziałek, 9 września 2013

Droga do szczęścia - recenzja. Revolutionary road - review.

,,Poruszająca opowieść o miłości, poświęceniu, utraconych szansach i niespełnionych marzeniach. Nominacja do prestiżowej National Book Award. Młode małżeństwo, Frank i April Wheeler, wraz z dwójką dzieci tworzy z pozoru szczęśliwą i kochającą się rodzinę. Jednak pod tym płaszczykiem skrywa się prawdziwe oblicze dwojga ludzi zmuszonych do prowadzenia życia, którego nienawidzą. Nie mogąc znieść przeciętności, jaka ich otacza, decydują się wyjechać do Francji, gdzie mają nadzieję rozwijać swoją wrażliwość artystyczną. Błyskotliwi, piękni i utalentowani, już wkrótce zmuszeni będą położyć na szali swoje nadzieje i ideały. Powieść dawno okrzyknięta w Stanach rodzajem kultowego wzorca, który reżyser Sam Mendes postanowił przenieść na duży ekran, obsadzając w rolach głównych Kate Winslet oraz Leonarda Di Caprio."


 Tak brzmi oficjalny opis książki ,,Droga do szczęścia", która odbiła się wielkim echem w Stanach Zjednoczonych. Po przeczytaniu - rozumiem dlaczego.

Sama książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. 
Błyskotliwy, na pozór prosty język Yates'a gładko prowadził czytelnika przez życie Wheelerów. Wraz z nimi staliśmy w salonie, pracowaliśmy w ogrodzie, wjeżdżaliśmy do biura. Wszystko było głęboko odczuwalne i niemal namacalne. 

Czytelnik był świadkiem zmian, jakie następowały w bohaterach. Nic nie działo się bez przyczyny. Ciąg przyczynowo-skutkowy ułatwiał zrozumienie postępowania April i Franka. Konteksty psychologiczne skłaniały do refleksji... 

Nie dało nie odczuć się pewnej teatralizacji.. Bardzo dyskretnej i subtelnej, ale muszę przyznać, że trafionej. Sami Wheelerowie byli aktorami swojego życia. Myślę, że pierwsza scena, w której widzimy April na teatralnej scenie i Franka siedzącego na widowni nie jest przypadkowa...



 Książka pozostawiła w mojej głowie bardzo dobre wrażenie. Nie mogłam doczekać się obejrzenia filmu, a więc zrobiłam to niemal natychmiast po przewróceniu ostatniej kartki powieści.

Co natychmiast rzuciło mi się w oczy? Dialogi żywcem wyjęte z książki. Przyznam, że wzbudziło to moje podekscytowanie i zadziałało na duuuży plus. Poza tym... Teatralizacja (tak, znów) Nieodłączny element tej układanki, skomplikowanej historii, bez którego nie byłaby ona tym, czym jest.


Żadne fakty nie zostały zmienione, co bardzo mnie ucieszyło. Jednak relacja z dziećmi nie została dokładnie ukazana, tak jak w przypadku książki. Film kreował obraz sielanki, idealnej rodziny wraz ze szczęśliwymi, kochającymi dziećmi. W przypadku książki, fantazje i gry Wheelerów odbiły się na zdrowiu psychicznym szczególnie córeczki Jennifer, która z czasem zaczęła wykazywać zaburzenia emocjonalne. Pojawiły się też objawy choroby sierocej.


Akcja filmu była dynamiczna i pozbawiona zbędnych scen. Prostota i przejrzystość w każdym calu. Muszę przyznać, że czytając książkę, film wykreowałam w myślach zupełnie inaczej. Spodziewałam się obecnych na kartkach powieści odwołań do przeszłości bohaterów. W filmie zabrakło tego, zabrakło głosów siedzących w głowach dwojga dorosłych ludzi, którzy swoje życie zamienili w nierealny sen. Przeszłość usprawiedliwiała teraźniejszość, wiele zachowań, które były swoistą anomalią. 


Poprzez obraz romantyczności, szaleństwa, zagubienia, idealizmu, rewolucji, która odbywała się w małym domku na Revolutionary Road kroczymy za głównymi bohaterami starając się ich zrozumieć. I udaje się to dokosnale, kiedy mamy za sobą wiedzę popartą książką. Jeśli oglądamy tylko i wyłącznie realizację na ekranie - może być ciężko zrozumieć przesłanie i symbolikę nie tylko przedmiotów, ale i postaci.


Książka niesie ze sobą nieprawdopodobną magię i mogę ją z czystym sumieniem polecić każdemu. Trzyma w napięciu, choć doskonale domyślamy się, co wydarzy się się za moment. Oczekujemy z dreszczem emocji przewracając kolejne kartki. Filmu nie mogę ocenić obiektywnie, ponieważ był dla mnie wizualnym dopełnieniem bardzo dobrej książki. Nie można nazwać go płytkim, nudnym, monotonnym... Jedynie trudnym. Oglądałam go z osobą niezorientowaną w całej historii, więc wiem, że tak zwanemu ,,widzowi z ulicy" ciężko nadążać za faktami, przyswajać wydarzenia i tłumaczyć zachowania bohaterów.


Jedyne, co mogę zrobić to polecić z czystym sercem książkę, a dla zainteresowanych historią Wheelerów - uzupełnić świat wyobraźni ekranizacją tej powieści. Dzieło wymaga pewnej dojrzałości, przepełnione jest melancholią i co najdziwniejsze... skłania do zastanowienia się nad samym sobą.

sobota, 7 września 2013

It inspires me...

Sobotni poranek rozpoczynam dawką kobiecych inspiracji...



Czy istnieje coś piękniejszego, niż lata 40,50,60...? Wschodzące amerykańskie gwiazdy, początki kina.. Ten klimat zawsze będzie niesamowity, niepowtarzalny i niezwykle seksowny!



Róbmy przysiady! Pompujmy nasze pośladki! ,,Brazylijskie" tyłki są hot! :)



Nie do końca jestem fanką tatuaży... Tzn sama myślałam nawet kiedyś o jednym, dwóch, ale malutkich (litera, słowo), jednak nigdy nie zdecydowałabym się na coś większego. Nie mniej lubię podziwiać takie ozdoby u innych, a szczególnie w tak oryginalnej formie ;>


Nic dodać nic ująć. Prostota, klasyka sama w sobie. Czerwień na ustach, odrobina bronzera - that's all. Ja przepadłam :)



Pozostajemy w dawnych klimatach... Wycieczki, podróże, nowe miasta, młode, niezamężne dziewczyny.. Od niektórych miejsc aż bije duch przeszłości :)


Rihanna jest jedną z nielicznych gwiazd, które wyglądają dobrze absolutnie we wszystkim. Kocham ją w wersji lirycznej, nostalgicznej, a także perwersyjnej, niegrzecznej dziewczynki! To niesamowite, ile twarzy może mieć kobieta.. I co najdziwniejsze: w każdą swą role wchodzić idealnie, dopasowywać się, współgrać.. 

Riri jest niekwestionowaną ikoną fryzur. To ona zapoczątkowała szał na czerwone kosmyki. Niestety, niewiele kobiet prezentuje się dobrze w tym kolorze, a podążają ślepo za wyczynami gwiazd.. Fakt jest jeden: Rihannie dobrze  W KAŻDEJ FRYZURZE, czerwień była u niej fenomenalna i jeśli nie jest się drugą Rihanną nie powinno się z niej brać przykładu :)
 




I na koniec.. Chętnie przygarnęłabym takie cudo do kolekcji moich małych, czarnych :)


piątek, 6 września 2013

High heels for sale!

Gdyby któraś była zainteresowana...
Zbliża się jesień, czas rozejrzeć się za pełnymi butami. Trampki i adidasy to mus, ale przynajmniej jedna para wyższych butów jest absolutnie niezbędna, aby raźniej przywitać jesienną słotę :)

Mam do sprzedania piękne, granatowe botki na obcasie ozdobnie wiązane na sznurówkę z błyszczącą klamrą z lewej strony.

Butów nie miałam na sobie ani razu, chodziłam w nich jedynie po domu, stąd drobne ślady użytkowania, np. na obcasach, na szczęście są one niewidoczne przy noszeniu. Podeszwa w stanie nienaruszonym, fleki także mają stan idealny.


Buciki mają rozmiar 39, jednak w rzeczywistości pasują na 38. Są wygodne, idealne na jesień, bardzo elegancko wyglądają na nodze.








Wysokość obcasa - 13,5 cm
Wysokość platformy - 3 cm 

Zainteresowane proszę o kontakt :)

czwartek, 5 września 2013

Lips!

Usta, usta.. Kobiecy największy atut :) Przyciągają wzrok płci przeciwnej zaraz po oczach, dlatego nawet najpiękniejszy smokey eyes może wypaść blado przy wysuszonych, popękanych ustach.



Wystarczy kilka prostych trików i nawyków, które sprawiają, że Twoje usta są w idealnej kondycji w każdej chwili :)



Myjąc zęby, możemy przy okazji wykonać mały peeling. Wystarczy minuta masażu ust szczoteczką do zębów, aby były gładkie i lepiej ukrwione.



Po peelingu warto zastosować dobre nawilżenie. Choć krem Bambino nie miał korzystnego wpływu na moją cerę (zapychał potwornie) idealnie dogaduje się z moimi ustami. Na noc smaruję wargi grubą warstwą kremu!







Delikatna pomadka Nivea.. Idealna konsystencja, subtelne nawilżenie. Stosuję w ciągu dnia (warto wyrobić sobie taki nawyk. Ja np. kilka razy dziennie smaruję dłonie kremem do rąk, zawsze wtedy pamiętam też o ustach i robię to samo codziennie)

Słynny Carmex :) U mnie truskawkowy. Carmex można albo kochać albo nienawidzić. Jego zwolenniczki dałyby się pokroić za ten balsam i jego zbawiennie działanie, przeciwniczki najchętniej zabiłyby producenta, gdyż ,,zniszczył im usta”. Moje wrażenia? Po pierwszym użyciu było ,,woooow kocham!” Truskawkowy smak – woooow! Mrowienie – jeszcze większe woooow! I co pół godziny nakładałam Carmex na usta żeby cieszyć się tym przyjemnym szczypaniem i truskawkowym zapachem :D Teraz entuzjazm minął..Carmex używam przy każdej sesji opalania (SPF 15) oraz gdy wybieram się na rower. 



Pięknie wypielęgnowane usta muszą być podkreślone! Czasem wystarczy bezbarwny błyszczyk, jednak ja skłaniam się ku pomadkom. Niestety stronię od intensywnych kolorów (posiadam tylko dwie takie pomadki i nie użyłam ani razu bądź sporadycznie). W mojej kosmetyczce królują blade róże, a od ostatniego sezonu nudziaki. Kiedyś gdy trudno było o beżowe pomadki, nakładałam na usta fluid oraz odrobinę balsamu lub błyszczyk, ale wysuszało to moje wargi.






Oto moje nowe, cudowne dzieci :) Nie mogłam się zdecydować na jeden kolor, więc wzięłam trzy :D Póki co są moim numerem jeden. Smakowite nazwy i fajne kolory. Apricot sorbet świetnie współgrał z moją opaloną jeszcze niedawno skórą. Wciąż wydaje mi się, że jest zbyt intensywny, ale muszę się nauczyć w końcu do koloru :D Nudziak zdecydowanie jest zbyt jasny, o czym przekonałam się dopiero w domu, ale tak, czy tak na pewno go użyję.





Z serii – kupiłam i więcej nie użyję. W czerwonej szmince wyglądam jak wampir, a błyszczyków używam bardzo sporadycznie.





Koralowa pomadka, której długo szukałam, gdyż miała współgrać ze sukienką :) Owszem współgrała, przez jedną noc, nigdy więcej jej nie użyłam, oczywiście znów miałam wrażenie, że ten intensywniejszy odcień w ogóle do mnie nie pasuje.








I moja ukochana, słynna NYX, na którą dłuuugo miałam smaka. Miał to być pierwszy i fenomenalny nudziak w mojej kolekcji. Wybierałam długo i nie mogłam się zdecydować, ostatecznie padło na odcień ,,summer love”. Gdy przesyłka doszła, mocno się rozczarowałam… Kolor wpadał mocno w ,,siny”. Nie był to odcień z moich marzeń, a mimo to zużyłam już prawie całą. Stosunek ceny do jakości nie jest jakiś fenomenalny. Trwałość taka jak przy tańszych odpowiednikach. Nie można jednak narzekać na wybór.. Wszystkie odcienie beżu, mnóstwo wariacji, więc naprawdę ciężko się zdecydować, tak, że najchętniej człowiek kupiłby wszystkie na raz :)






Póki co pozostaję sercem przy MYIO.. A ponieważ kocham wszelkie mazidełka, niedługo z pewnością upoluję coś nowego :D




środa, 4 września 2013

Home, sweet home...

Chyba każdy lubi sobie czasem pomarzyć o swoim idealnym domu, mieszkaniu, pokoju… Co więcej, odwiedzając czyjeś domy, często myślimy: ,,Jeeeej, też chciałbym/chciałabym tak mieszkać” (Ja przeżywam istne cierpienia duchowe, gdy odwiedzam jeden z czterech domów mojego wuja i przemieszczam się po jedenastu pokojach, wzdychając do łazienek urządzonych w stylu morskim, z kilkoma umywalkami, wannami z radiem i masażerami, a także w stylu spa, gdzie flakoniki Chanel i Diora uroczo uśmiechają się, kiedy załatwiasz swoją potrzebę)

Nie mam konkretnie sprecyzowanych upodobań odnośnie wystroju wnętrz. Albo coś mnie urzeka, albo nie. Najważniejsze jest dla mnie utrzymanie jednolitej konwencji: jeśli modernizm, to od początku do końca.



Ta łazienka urzekła mnie widokiem.. W zasadzie lubię łazienki utrzymane w jasnej konwencji kolorystycznej, ale przyznacie, że krajobraz zatyka dech w piersiach :)



Ładny pokój dla młodej dziewczyny. Jest panterka, kontrolowany chaos, neonowy róż.. Wizualnie podoba mi się, jednak chyba zaczynam dojrzewać i choć może jeszcze 3 lata temu dałabym się pokroić za taki kącik, dziś postawiłabym na coś bardziej stonowanego :)







Był czas, kiedy bardzo pasjonowały mnie wnętrza w stylu arabskim, szczególnie marokańskim. Jednak nigdy nie miałam okazji znaleźć się tam ,,na żywo”, a jedynie podziwiać w książkach i szklanym ekranie. Nie wszystko, co wzbudza zachwyt na odległość jest praktyczne w codziennym życiu…



Pokój rodem z domku dla lalek, albo bajki… Mimo różu i retro motywów.. podoba mi się! Kolory i wzory nie przytłaczają, a mała przestrzeń tworzy nastrój intymności.



Nie do końca jestem fanką zimnych kolorów (choć mój nowy pokój zdominowany jest bielą i błękitem :D), ale pomysł wydaje się być ciekawy. Dodałabym więcej elementów dekoracyjnych, a także czegoś co, nadało by nieco swojskiego i przytulnego charakteru :)



Zdecydowany IDEAŁ :D Kto nie marzy o takiej garderobie? Tylko drzwi szklane zamieniłabym na ciężkie i rozsuwane, niczym wrota Narnii :D Dominuje róż i fiolet w bardzo przyjemnym odcieniu.







Skoro o garderobie mowa.. Może moja kolekcja butów nie jest aż taka pokaźna, ale z pewnością jeśli kiedyś będę miała chociaż połowę tych cudów: znajdę im takie właśnie godne miejsce!






Toaletka… Moje największe chyba marzenie. Posiadam mnóstwo kosmetyków, a moja kolekcja stale się powiększa, a wraz z nią rośnie też problem, gdzie to wszystko trzymać? Jak dla mnie opcja takiego cuda jest śliczna i praktyczna: pełni funkcję ozdobną, a także szafki z kosmetykami i miejsca do wykonywania makijażu, czy innych zabiegów pielęgnacyjnych. Dla mnie absolutny MUST HAVE! :)